Most Miłości - fot. Marek J. LejkW 1818 roku zima była szczególnie okrutna. Potężne białe masy śniegu zalegały na wszystkich drogach i polanach. Otaczały głęboką dolinę rzeki Wdy, wówczas zwanej Czarną Wodą. Tuliły się do wysokich pni sosen, brzóz  i świerków porastających rozległe połacie Borów Tucholskich. Łosie, jelenie i sarny z trudem wygrzebywały spod śniegu resztki uschniętych traw. Gruba warstwa białego puchu, który skrywał zmarznięte, zbite masy śniegu broniły dostępu do runa leśnego. Po wychudzonych sylwetkach widać było, że zwierzęta głodowały. Wyciągały wysoko głowy, by sięgnąć dolnych gałęzi dębów, buków i grabów ogryzając zdrewniałe gałązki. Zamarznięte strumienie i potoki broniły dostępu do świeżej wody.

Wiosna przyszła też nagle. Pierwsze silne i gorące promienie słoneczne momentalnie topi-ły śniegową pokrywę. Wokół zrobiło się mokro i wilgotno. Rzeczki, strumienie i śródleśne dolinki błyskawicznie wypełniły się po brzegi zimną, stopniałą wodą. Drogi stały się grząskie i bagniste. Wszyscy czekali, aż słońce wysuszy ziemię, drogi, pola, łąki.
Z kominów rozrzuconych wśród lasów chat wydobywały się cienkie smużki dymu. Ci którzy zapobiegawczo zapełnili spiżarnie zbożem, mięsem, warzywami i owocami przygotowali w kuchni smakowite, chociaż na przedwiośniu już monotonne potrawy. Ważne, że było co do garnka włożyć i parującą od gorącą strawę wyłożyć na gliniane talerze.
W wielu miejscach jednak surowa zima sprawiła, że głód zajrzał ludziom w oczy. Do gotu-jącej się wody wrzucali resztki zboża wygrzebanego z drewnianych skrzyń, stare zdrewniałe kawałki zasuszonego mięsa lub resztki grzybów i owoców. Ci najbardziej oczekiwali na odejście zimy.
W owym czasie w Tleniu, u ujścia Prusiny do Czarnej Wody stał młyn wodny. Na niewielkiej, kamiennej podmurówce wznosił się wysoki, piętrowy, drewniany budynek, do którego jakby przyklejono koło młyńskie.  Kręciło się ono pod ciężarem wody spadającej na ogromny, wysokości dwóch dorosłych mężczyzn wirnik. Mieszkał w nim młynarz z żoną i dwiema córkami. Bogaty gospodarz z mrówczą cierpliwością mielił na mąkę lub krupy powierzone mu ostatnie kwintale żyta lub owsa. W komorze stały dziesiątki pękatych worków z mąką lub kaszą, które czekały na odbiorców. Pełna spiżarnia żywności, ciepła odzież i zapas suchego opału pozwalały ze spokojem patrzeć na przyszłość.
Błotniste, nieprzejezdne drogi sprawiły, że mimo panującego głodu na drodze do młyna, nie widać było ani wędrującego człowieka, ani zaprzężonych wozów. Wszyscy czekali na odwilż i licząc dzień za dniem, coraz bardziej się niecierpliwili.
Jadwiga, starsza córka gospodarza, mimo swoich dwudziestu lat wciąż była niezamężna. Miej-scowym kawalerom dawała do zrozumienia, że nie jest nimi zainteresowana, że wciąż czeka na swojego księcia, toteż coraz rzadziej dorośli mężczyźni oglądali się za kruczowłosą panną. Już ubiegłego roku do młyna często zaglądał Kazimierz ? wójtowy syn. Podobała mu się Jadwiga i bacząc na bogate wiano chętnie by wziął ją za żonę. Ona jednak upatrzyła sobie wysokiego, szczupłego leśniczego z Orlego Dworu, który jeszcze niedawno, bo w czasie wojen napoleońskich, służył we francuskiej armii. Tam w wojsku cesarza Napoleona ofiarnością i odwagą doczekał się oficerskiej szarży. Po klęsce w Rosji i przegranej wojnie nie wrócił na zachód. Pozostał w Polsce, w Borach Tucholskich. Jako, że jego ojciec był leśniczym w Wielkopolsce i sam wychował się w lesie, leśny fach znał od podszewki. Mając odpowiednie wykształcenie szybko otrzymał propozycje pracy gajowego w leśnictwie Orli Dwór, a po upływie trzech lat awansował na funkcje leśniczego. Mieszkał ze służbą w leśniczówce położonej u stóp ogromnego, ponad 100 hektarowego jeziora. Dzisiaj tafla jeziora zmniejszyła się pięciokrotnie, a ono, z uwagi na bogactwo ptactwa wodnego i błotnego, stało się rezerwatem przyrody o nazwie ?Jezioro Miedzno?.
Marzyła wiec Jadwiga o zamążpójściu i wyprawach w dalekie strony, na zachód Europy. Pragnęła odwiedzić wielkie miasta o których opowiadał leśniczy ? oficer: o Barcelonie i Paryżu, o Wiedniu i Berlinie.
Młodsza córka młynarza ? Marcysia, była przeciwieństwem siostry. Osiemnaście lat skończyła w tym roku. Jasnowłosa z długimi warkoczami przewieszonymi przez ramię wędrowała w wolnych chwilach, gdy nie musiała matce pomagać w domowych zajęciach, po okolicznych polach i lasach. Wzdłuż łąk kwitnących i pachnących ziołami. W dolinie rzeki podglądała leśne zwierzęta lub przysłuchiwała się odgłosom ptaków świergolących wysoko na niebie lub w gałęziach drzew. Lub też nisko, tuż przy ziemi, w krzakach leszczyn, tarniny i głogów.
Czasem na trasie swojej wędrówki spotykała Marcina ? syna ubogiego drwala, którego chata stała na skraju niewielkiej osady, zwanej Grzybkiem. Niedawno z pomocą synów drwal zbudował nowy, niewielki dom, pokryty grubą warstwą trzciny. Wokół chaty żona drwala urządzi-ła ogródek z warzywami,  a na wąskim skrawku ziemi posadziła drzewa i krzewy owocowe. Latem i jesienią na gałęziach tkwiły ciężkie owoce jabłoni, gruszy, wiśni i śliw. Pozostałości tego ogrodu widnieją wzdłuż brzegu do dnia dzisiejszego. Wzdłuż Zbiornika Żurskiego gdzieniegdzie widać obsypane owocami jabłonie i wiśnie, a tuż przy polanie, na której kapią się mieszkańcy Osia, stoi jeszcze rozłożysta jabłoń pod którą siadają szukający chłodu turyści.
Lubiła Marcysia przebywać w obecności Marcina. Opowiadał jej o leśnych roślinach, znał zwyczaje zwierząt, a głos ptaków rozpoznawał po pierwszych dźwiękach. Z łatwością wspinał się na wysokie drzewa, gdzie swoje gniazda uwiły leśne pszczoły. Wygarniał gołą ręką złote plastry ociekające miodem i wyciągał ku Marcysi. Śmiejąc się głośno i odganiając od pojedynczych pszczół przełykali słodkości długo oblizując palce u rąk. Często buszowali wśród krzewów jeżyn i malin lub w niskich krzewinkach czarnych jagód. Wyciągali ku sobie wypełnione owocami garście i uczernione sokiem jagodowym dłonie, a ich twarze przybrudzone owocami przybliżali do siebie tak blisko, że widać było w nich migoczące iskierki radości ze wspólnie przeżytych chwil. Ich wędrówki wiodły z Grzybka przez polanę zwaną Zatoki, a dalej na północ, wzdłuż głęboko wciętej Doliny Chłop. Na wysokości osady Starnie, na która składało się kilka drewnianych domostw można było przejść po pniach zwalonych drzew na drugą stronę i wybudowanym w czasie wojen napoleońskich traktem dotrzeć do Tlenia.
Stary młynarz zapragnął starszej córce zapisać w wianie młyn z obejściem, aby z mężem kontynuowała rozpoczęte przez niego z dzieło. Usilnie szukał kawalera dla niej. Przychylny był Kazimierzowi, który z dobrej rodziny pochodząc i z dobytkiem, jakie wójt synowi obiecywał, zapewniał trwałość i rozwój młyna. Natomiast niechętnie spoglądał na spotkania Marcysi z Marcinem. Biedny chłopak nie był żadną partią. Dla niej planował ożenek z podstarzałym wdowcem -karczmarzem z Miedzna, któremu żona obumarła wiosną ubiegłego roku.
Kiedy wreszcie wody opadły, a drogi stały się suche i przejezdne rozpoczęły się wędrówki do młyna. Bogatsi gospodarze zajeżdżali furmankami zaprzęgniętymi w dwa konie, biedniejsi powozili wozem ciągniętym przez woły, a biedacy dźwigali worki na plecach. Obok nich szli piechotą wychudli najemnicy rolni służący w dworach i folwarkach. Wszyscy się spieszyli nadrabiając stracony czas, bowiem do świąt Wielkanocnych było już blisko. Kiedy wszyscy zajęci byli pracą lub porządkowaniem obejść, albo krzątali się w kuchni przygotowując smaczne potrawy na niedzielne śniadanie, młynarz postanowił przekazać córkom swoją wolę. Nie spodziewał się sprzeciwu z ich strony. Zaskoczony ich niechęcią najpierw się zdziwił, a w chwilę później rozgniewał okrutnie.
- Będzie tak jak postanowiłem, albo młyn oddam w ręce swoich krewnych ? oznajmił córkom.
Był przekonany, że groźba poskutkowała. Przywołał więc do siebie umorusanego mąką pachołka i kazał zanieść wiadomość karczmarzowi z Miedzna. Z wójtem zaplanował rozmówić się osobiście.


Nazajutrz, kiedy starsza córka nie pojawiła się na śniadaniu rozległ się lament matki.
- Uciekła, uciekła, uciekła ? powtarzała w kółko.
Młynarz szybko zwołał parobków i zaczął wypytywać wystraszonych młodzieńców.
- Tuż przed północą widziałem na koniu leśniczego z Orlego Dworu. Pewnie z nim pojechała ? wydukał wystraszony chłopak. Szybko więc wysłał gospodarz parobka na przeszpiegi. Było już po obiedzie kiedy młodzieniec wrócił do Tlenia.
- To jednak prawda ? informował. ? Jadwiga jest u leśniczego w Orlim Dworze, a po żniwach planują ślub. Powiedziała, że do domu nie wróci ? dodał i odsunął się na bok widząc zagniewaną twarz gospodarza.
Ten gniew na niewdzięczność i niesubordynację córki utkwił w głowie młynarza na wiele dni. - Tak mi się odpłaciła ? mruczał przez kolejne lata, chodząc po obejściu lub przesuwając ciężkie worki z mąką. Krzywił się też, gdy proboszcz na niedzielnej sumie ogłaszał zapowiedzi ślubne. Nie był na weselu swej córki, jednak ukradkiem przysłuchiwał się plotkom z wesela, a potem wieści z narodzin pierwszego i drugiego wnuka. Czasem mignęli mu w kościele lub wśród straganów na wrześniowym odpuście.
Kiedy żniwa zbliżały się ku końcowi, a gospodarze zwozili worki pełne świeżego pachnącego zboża młynarz kazał zaprząc bryczkę i udał się do Miedzna. Ten wieczór spędził z karczmarzem. Przy butelce czystego żytniego kornusa i pętach pachnącej jałowcem kiełbasy uzgadniał warunki zamążpójścia swojej młodszej córki. Karczmarz, który już dwie żony pochował, liczył blisko sześćdziesiąt lat. Niski, krępy z pokrytą zmarszczkami twarzą i wypchniętym brzuchem nie wyglądał okazale.
? Jest stary i brzydki, ale bogaty ? pomyślał w głębi  duszy młynarz.  
? Marcysia powinna się cieszyć ? zapewniał sam siebie.
Późną nocą wrócił młynarz do domu, do Tlenia. Zadowolony z ubitego interesu położył się spać.
? Nigdy w życiu! ? krzyczała Marcysia, gdy ojciec nazajutrz próbował wprowadzić swój plan w życie.  
? Prędzej się zabiję, albo pójdę do klasztoru, do elżbietanek ? groziła.
? Kocham Marcina ? szeptała pod nosem, pochlipując i ukratkiem ocierając łzy.
? Jeżeli tak, to nie będzie ani karczmarza z Miedzna, ani Marcina z Grzybka ? zadecydował mły-narz, bojąc się utracić drugą córkę.
Przez długie miesiące młodzi kochankowie spotykali się na brzegu Zatoki Chłop. Stojąc po obu stronach rzeki spoglądali na siebie głośno nawołując:
? Marciiinieee! ? wołała Marcysia zwijając dłonie w trąbkę.
? Marcyyysiuuu! ? odpowiadał Marcin kiwając ręką wesoło.
Wartka struga nie pozwalała im się zbliżyć do siebie. Stali więc naprzeciw i rozmawiali przekrzykując szum płynącej wody.
Rok później, kiedy Marcysia wracała ze wspólnego spotkania, od zachodu nadciągnęły ciemne, prawie czarne chmury. Wiatr, który najpierw narastał, nagle ucichł, by po kilku minutach zerwać się znowu. Tym razem ze zdwojoną siłą. Marcysia pędziła biegiem ku domowi. Wokół zrobiło się szaro, deszcz uderzał w twarz i ramiona dziewczyny, ubranie zrobiło się mokre i cięż-kie. W oddali rozległy się grzmoty, a niebo przecinały światła błyskawic. Co chwilę, koło biegnącej dziewczyny upadały złamane gałęzie drzew, czasem uschnięta kępa traw uderzała o jej zmoknięte ciało.
? Jeszcze tylko z górki, jeszcze chwilka i będę w domu ? myślała zdyszana. Wtem poczuła swąd dymu.
? Chyba las się pali ? Próbowała zgadnąć. Jednak kiedy wysunęła się z gęstwiny drzew, gdy ujrzała leżącą w dolinie wioskę, przeraziła się niezmiernie. W oddali płonął młyn.            Uderzona piorunem słomiana strzecha szybko zajęła się ogniem, a leżące blisko zabudowania w mgnieniu oka zamieniały się w dymiącą gęstym dymem ruinę. Wokół nieporadnie krzątali się ludzie, próbując ratować pozostały dobytek. Kilka kobiet lamentowało nad ciałami młynarza i jego żony. Ten dzień przyniósł tragedię. Ciekawostką było to, że w wyniku pożaru ucierpiał tylko młyn z obejściem. Ogień nie zdołał opuścić obejścia, a pozostałe domy we wsi ocalały. Nie nosiły nawet śladu uszkodzeń od ognia.
Kilka dni po pogrzebie Marcysia stojąc pośrodku ruin, brudnymi od sadzy i smoły rękoma odsuwała spalone belki w miejscu, gdzie wcześniej stał jej dom. Wskoczyła w głąb piwnicy otulo-nej kamiennym murem i zaczęła rozgarniać ziemię. Rezygnowała tam, gdzie gleba była twarda i udeptana niczym na klepisku ? szukała miękkiego gruntu. Kiedy po kilku godzinach chaotycznych poszukiwań łopata stuknęła głucho o coś twardego uśmiech pojawił się na twarzy dziewczyny. Wiedziała, że kilka dni przed pożarem ojciec wypełnił duży, gliniany dzban złotymi i srebrnymi monetami, a potem zszedł do piwnicy. Wrócił po godzinie wycierając ubrudzone gliną dłonie. Odnalezione pieniądze miały przynieść Marcysi nowe szczęście.
Za błyszczące monety kupiła drewno, kamienie i cegłę. Szybko zatrudniła murarzy i cieślę. Dom rósł w oczach. Robotnicy stawiali obok młyn wodny. Kiedy czterech chłopów z mozołem taszczyło wielkie kamienne żarno do mielenia zboża Marcysia przywołała brygadzistę.
Do tej pory pochłonięta odbudową nie myślała o codziennym życiu, o Marcinie i wędrówkach po lesie.
- Chcę, abyś zatrudnił jeszcze jednego cieślę. Będzie pracować w Zatoce Chłop. Jeszcze tej jesieni niechaj robotnicy zbudują most na strudze ? zarządziła. I w krótkich zdaniach objaśniła wygląd mostu.
W październiku Marcysia mieszkała już w nowym domu. Obok robotnicy wykańczali bu-dynek młyna. Powyżej na rozległych tarasach ziemnych kilku parobków sadziło drzewa i krzewy owocowe. O tym, że rosły tam także winogrona do dzisiaj wspominają mieszkańcy Tlenia i Osia. Do dzisiaj przetrwały też uformowane tarasy ziemne.
W pewne słoneczne popołudnie dziewczyna pojechała lekką bryczką, zaprzęgniętą w gniadego konika, obejrzeć budowę mostu w Zatoce. Od brygadzisty wiedziała, że cieśle kończą już swoją pracę. A kiedy bryczka wysunęła się zza zakrętu odsłaniając zabagnioną dolinę Marcysia zobaczyła swoją budowlę. Z daleka wyglądała jak budynek, bowiem most od góry zwieńczony został dachem ze struganych desek.
- Marciinieee! ? zawołała nie oczekując odpowiedzi.
- Ciiinieee! ? odpowiedziało echo odbijając się od zielonej ściany lasu.
Długo stała dziewczyna na niedokończonym moście rozmyślając o rodzinnej tragedii, o Marcinie, którego nie widziała już tak dawno i pełnej pytań przyszłości.
Kiedy czerwieniejące słońce chowało się za wierzchołkami drzew, a większość doliny uto-nęła w cieniu Marcysia wsiadła do bryczki, lekko trącając lejcami zniecierpliwionego długim postojem konia. Ruszyła ku domowi.
- Marcyyysiaaa! ? nagle rozległo się wołanie. Odbiło się od drzew i dotarło do uszu dziewczyny. Drgnęła gwałtownie. Rozejrzała się szybko. Nikogo nie było widać.
- Pewnie się przesłyszałam ? pomyślała, ale bijące o wiele za szybko serce przeczyło zdrowemu rozsądkowi. Już chciała ruszyć, gdy głos ? widmo rozległ się ponownie.
? Marcysiaaa! ? teraz już całkiem wyraźnie dotarło do niej wołanie. Spojrzała w stronę mostu. A tam w oddali, pod drewnianym dachem stał Marcin, wymachując rękoma.        Zeskoczyła z siedziska i zostawiając konia szybko pobiegła w stronę mostu. Ku wyraźnej i tak znajomej sylwetce Marcina.
Gdy ciemność zupełnie ogarnęła dolinę oni jeszcze długo stali na moście, wspierając się na poręczy i obejmując ramionami. Ich dłonie splecione palcami tonęły w mroku.
Kiedy pierwsze promienie słońca rzuciły smugę na porannych, białobłękitnych mgłach młodzi kochankowie ruszyli przez trawy pokryte kroplami rosy w kierunku Tlenia. Za sobą pozo-stawili most, do dzisiaj zwany mostem Miłości.
Na święta Bożego Narodzenia odbył się ślub Marcysi i Marcina. Na tej uroczystości była też Jadwiga ze swoim mężem. Byli też rodzice i rodzeństwo Marcina. Odtąd wielokrotnie ich ścieżka wiodła przez nowy most. Most, który połączył nie tylko dwa brzegi rzeki, dwie rodziny, ale i dwa serca: Marcysi i Marcina.
O zmierzchu lub o świcie na Moście Miłości można zauważyć dwie sylwetki ? dziewczyny i chłopaka. Siedzą z nogami przewieszonymi nad wodą, opierają się o poręcz lub stoją przy podporze tuląc się do siebie.
Czy są to Marcin z Marcysią? Tego nie jesteśmy pewni. Może to też współcześni kochan-kowie. Jesteśmy za to przekonani, że od blisko dwustu lat Most Miłości służy temu samemu celowi. Łączy brzegi rzeki i gorące serca. Wielu mieszkańców Borów Tucholskich wspominając kochanków twierdzi, że most przynosi szczęście. Może to tylko ludzkie gadanie lub fantazja gawędziarzy, jednak nikomu nie zaszkodzi się przekonać o prawdzie zawartej w tej legendzie.
Most Miłości istnieje do dzisiaj, a kiedy zęby czasu niszczą konstrukcję, leśnicy z Nadle-śnictwa Osie mozolnie odbudowują jej elementy. Tak też stało się w roku 2009, kiedy leśnicy przygotowywali szlak dla nowej w Polsce formy rekreacji ? nordnic walking. Dzisiaj najczęściej przez ten most maszerują wędrowcy z kijkami w rękach. Na brzegach Zatoki Chłop licznie siadają wędkarze łowiąc ryby lub tylko rozmyślając. Często słychać ich głosy rozlegające się po obu stronach doliny. Kiedy jednak chcą sobie podać rękę, porozmawiać, muszą przejść do najbliższego mostu ? Mostu Miłości.


Marek J. Lejk , Miedzno, sierpień 2009r.


    W 1818 roku zima była szczególnie okrutna. Potężne białe masy śniegu zalegały na wszystkich drogach i polanach. Otaczały głęboką dolinę rzeki Wdy, wówczas zwanej Czarną Wodą. Tuliły się do wysokich pni sosen, brzóz  i świerków porastających rozległe połacie Borów Tucholskich. Łosie, jelenie i sarny z trudem wygrzebywały spod śniegu resztki uschniętych traw. Gruba warstwa białego puchu, który skrywał zmarznięte, zbite masy śniegu broniły dostępu do runa leśnego. Po wychudzonych sylwetkach widać było, że zwierzęta głodowały. Wyciągały wysoko głowy, by sięgnąć dolnych gałęzi dębów, buków i grabów ogryzając zdrewniałe gałązki. Zamarznięte strumienie i potoki broniły dostępu do świeżej wody.
    Wiosna przyszła też nagle. Pierwsze silne i gorące promienie słoneczne momentalnie topi-ły śniegową pokrywę. Wokół zrobiło się mokro i wilgotno. Rzeczki, strumienie i śródleśne dolinki błyskawicznie wypełniły się po brzegi zimną, stopniałą wodą. Drogi stały się grząskie i bagniste. Wszyscy czekali, aż słońce wysuszy ziemię, drogi, pola, łąki.
Z kominów rozrzuconych wśród lasów chat wydobywały się cienkie smużki dymu. Ci którzy zapobiegawczo zapełnili spiżarnie zbożem, mięsem, warzywami i owocami przygotowali w kuchni smakowite, chociaż na przedwiośniu już monotonne potrawy. Ważne, że było co do garnka włożyć i parującą od gorącą strawę wyłożyć na gliniane talerze.
W wielu miejscach jednak surowa zima sprawiła, że głód zajrzał ludziom w oczy. Do gotu-jącej się wody wrzucali resztki zboża wygrzebanego z drewnianych skrzyń, stare zdrewniałe kawałki zasuszonego mięsa lub resztki grzybów i owoców. Ci najbardziej oczekiwali na odejście zimy.
    W owym czasie w Tleniu, u ujścia Prusiny do Czarnej Wody stał młyn wodny. Na niewielkiej, kamiennej podmurówce wznosił się wysoki, piętrowy, drewniany budynek, do którego jakby przyklejono koło młyńskie.  Kręciło się ono pod ciężarem wody spadającej na ogromny, wysokości dwóch dorosłych mężczyzn wirnik. Mieszkał w nim młynarz z żoną i dwiema córkami. Bogaty gospodarz z mrówczą cierpliwością mielił na mąkę lub krupy powierzone mu ostatnie kwintale żyta lub owsa. W komorze stały dziesiątki pękatych worków z mąką lub kaszą, które czekały na odbiorców. Pełna spiżarnia żywności, ciepła odzież i zapas suchego opału pozwalały ze spokojem patrzeć na przyszłość.
Błotniste, nieprzejezdne drogi sprawiły, że mimo panującego głodu na drodze do młyna, nie widać było ani wędrującego człowieka, ani zaprzężonych wozów. Wszyscy czekali na odwilż i licząc dzień za dniem, coraz bardziej się niecierpliwili.
    Jadwiga, starsza córka gospodarza, mimo swoich dwudziestu lat wciąż była niezamężna. Miej-scowym kawalerom dawała do zrozumienia, że nie jest nimi zainteresowana, że wciąż czeka na swojego księcia, toteż coraz rzadziej dorośli mężczyźni oglądali się za kruczowłosą panną. Już ubiegłego roku do młyna często zaglądał Kazimierz ? wójtowy syn. Podobała mu się Jadwiga i bacząc na bogate wiano chętnie by wziął ją za żonę. Ona jednak upatrzyła sobie wysokiego, szczupłego leśniczego z Orlego Dworu, który jeszcze niedawno, bo w czasie wojen napoleońskich, służył we francuskiej armii. Tam w wojsku cesarza Napoleona ofiarnością i odwagą doczekał się oficerskiej szarży. Po klęsce w Rosji i przegranej wojnie nie wrócił na zachód. Pozostał w Polsce, w Borach Tucholskich. Jako, że jego ojciec był leśniczym w Wielkopolsce i sam wychował się w lesie, leśny fach znał od podszewki. Mając odpowiednie wykształcenie szybko otrzymał propozycje pracy gajowego w leśnictwie Orli Dwór, a po upływie trzech lat awansował na funkcje leśniczego. Mieszkał ze służbą w leśniczówce położonej u stóp ogromnego, ponad 100 hektarowego jeziora. Dzisiaj tafla jeziora zmniejszyła się pięciokrotnie, a ono, z uwagi na bogactwo ptactwa wodnego i błotnego, stało się rezerwatem przyrody o nazwie ?Jezioro Miedzno?.
Marzyła wiec Jadwiga o zamążpójściu i wyprawach w dalekie strony, na zachód Europy. Pragnęła odwiedzić wielkie miasta o których opowiadał leśniczy ? oficer: o Barcelonie i Paryżu, o Wiedniu i Berlinie.
    Młodsza córka młynarza ? Marcysia, była przeciwieństwem siostry. Osiemnaście lat skończyła w tym roku. Jasnowłosa z długimi warkoczami przewieszonymi przez ramię wędrowała w wolnych chwilach, gdy nie musiała matce pomagać w domowych zajęciach, po okolicznych polach i lasach. Wzdłuż łąk kwitnących i pachnących ziołami. W dolinie rzeki podglądała leśne zwierzęta lub przysłuchiwała się odgłosom ptaków świergolących wysoko na niebie lub w gałęziach drzew. Lub też nisko, tuż przy ziemi, w krzakach leszczyn, tarniny i głogów.
    Czasem na trasie swojej wędrówki spotykała Marcina ? syna ubogiego drwala, którego chata stała na skraju niewielkiej osady, zwanej Grzybkiem. Niedawno z pomocą synów drwal zbudował nowy, niewielki dom, pokryty grubą warstwą trzciny. Wokół chaty żona drwala urządzi-ła ogródek z warzywami,  a na wąskim skrawku ziemi posadziła drzewa i krzewy owocowe. Latem i jesienią na gałęziach tkwiły ciężkie owoce jabłoni, gruszy, wiśni i śliw. Pozostałości tego ogrodu widnieją wzdłuż brzegu do dnia dzisiejszego. Wzdłuż Zbiornika Żurskiego gdzieniegdzie widać obsypane owocami jabłonie i wiśnie, a tuż przy polanie, na której kapią się mieszkańcy Osia, stoi jeszcze rozłożysta jabłoń pod którą siadają szukający chłodu turyści.
    Lubiła Marcysia przebywać w obecności Marcina. Opowiadał jej o leśnych roślinach, znał zwyczaje zwierząt, a głos ptaków rozpoznawał po pierwszych dźwiękach. Z łatwością wspinał się na wysokie drzewa, gdzie swoje gniazda uwiły leśne pszczoły. Wygarniał gołą ręką złote plastry ociekające miodem i wyciągał ku Marcysi. Śmiejąc się głośno i odganiając od pojedynczych pszczół przełykali słodkości długo oblizując palce u rąk. Często buszowali wśród krzewów jeżyn i malin lub w niskich krzewinkach czarnych jagód. Wyciągali ku sobie wypełnione owocami garście i uczernione sokiem jagodowym dłonie, a ich twarze przybrudzone owocami przybliżali do siebie tak blisko, że widać było w nich migoczące iskierki radości ze wspólnie przeżytych chwil. Ich wędrówki wiodły z Grzybka przez polanę zwaną Zatoki, a dalej na północ, wzdłuż głęboko wciętej Doliny Chłop. Na wysokości osady Starnie, na która składało się kilka drewnianych domostw można było przejść po pniach zwalonych drzew na drugą stronę i wybudowanym w czasie wojen napoleońskich traktem dotrzeć do Tlenia.
    Stary młynarz zapragnął starszej córce zapisać w wianie młyn z obejściem, aby z mężem kontynuowała rozpoczęte przez niego z dzieło. Usilnie szukał kawalera dla niej. Przychylny był Kazimierzowi, który z dobrej rodziny pochodząc i z dobytkiem, jakie wójt synowi obiecywał, zapewniał trwałość i rozwój młyna. Natomiast niechętnie spoglądał na spotkania Marcysi z Marcinem. Biedny chłopak nie był żadną partią. Dla niej planował ożenek z podstarzałym wdowcem -karczmarzem z Miedzna, któremu żona obumarła wiosną ubiegłego roku.
    Kiedy wreszcie wody opadły, a drogi stały się suche i przejezdne rozpoczęły się wędrówki do młyna. Bogatsi gospodarze zajeżdżali furmankami zaprzęgniętymi w dwa konie, biedniejsi powozili wozem ciągniętym przez woły, a biedacy dźwigali worki na plecach. Obok nich szli piechotą wychudli najemnicy rolni służący w dworach i folwarkach. Wszyscy się spieszyli nadrabiając stracony czas, bowiem do świąt Wielkanocnych było już blisko. Kiedy wszyscy zajęci byli pracą lub porządkowaniem obejść, albo krzątali się w kuchni przygotowując smaczne potrawy na niedzielne śniadanie, młynarz postanowił przekazać córkom swoją wolę. Nie spodziewał się sprzeciwu z ich strony. Zaskoczony ich niechęcią najpierw się zdziwił, a w chwilę później rozgniewał okrutnie.
- Będzie tak jak postanowiłem, albo młyn oddam w ręce swoich krewnych ? oznajmił córkom.
Był przekonany, że groźba poskutkowała. Przywołał więc do siebie umorusanego mąką pachołka i kazał zanieść wiadomość karczmarzowi z Miedzna. Z wójtem zaplanował rozmówić się osobiście.


Nazajutrz, kiedy starsza córka nie pojawiła się na śniadaniu rozległ się lament matki.
- Uciekła, uciekła, uciekła ? powtarzała w kółko.
Młynarz szybko zwołał parobków i zaczął wypytywać wystraszonych młodzieńców.
- Tuż przed północą widziałem na koniu leśniczego z Orlego Dworu. Pewnie z nim pojechała ? wydukał wystraszony chłopak. Szybko więc wysłał gospodarz parobka na przeszpiegi. Było już po obiedzie kiedy młodzieniec wrócił do Tlenia.
- To jednak prawda ? informował. ? Jadwiga jest u leśniczego w Orlim Dworze, a po żniwach planują ślub. Powiedziała, że do domu nie wróci ? dodał i odsunął się na bok widząc zagniewaną twarz gospodarza.
    Ten gniew na niewdzięczność i niesubordynację córki utkwił w głowie młynarza na wiele dni. - Tak mi się odpłaciła ? mruczał przez kolejne lata, chodząc po obejściu lub przesuwając ciężkie worki z mąką. Krzywił się też, gdy proboszcz na niedzielnej sumie ogłaszał zapowiedzi ślubne. Nie był na weselu swej córki, jednak ukradkiem przysłuchiwał się plotkom z wesela, a potem wieści z narodzin pierwszego i drugiego wnuka. Czasem mignęli mu w kościele lub wśród straganów na wrześniowym odpuście.
   Kiedy żniwa zbliżały się ku końcowi, a gospodarze zwozili worki pełne świeżego pachnącego zboża młynarz kazał zaprząc bryczkę i udał się do Miedzna. Ten wieczór spędził z karczmarzem. Przy butelce czystego żytniego kornusa i pętach pachnącej jałowcem kiełbasy uzgadniał warunki zamążpójścia swojej młodszej córki. Karczmarz, który już dwie żony pochował, liczył blisko sześćdziesiąt lat. Niski, krępy z pokrytą zmarszczkami twarzą i wypchniętym brzuchem nie wyglądał okazale.
? Jest stary i brzydki, ale bogaty ? pomyślał w głębi  duszy młynarz.  
? Marcysia powinna się cieszyć ? zapewniał sam siebie.
Późną nocą wrócił młynarz do domu, do Tlenia. Zadowolony z ubitego interesu położył się spać.
? Nigdy w życiu! ? krzyczała Marcysia, gdy ojciec nazajutrz próbował wprowadzić swój plan w życie.  
? Prędzej się zabiję, albo pójdę do klasztoru, do elżbietanek ? groziła.
? Kocham Marcina ? szeptała pod nosem, pochlipując i ukratkiem ocierając łzy.
? Jeżeli tak, to nie będzie ani karczmarza z Miedzna, ani Marcina z Grzybka ? zadecydował mły-narz, bojąc się utracić drugą córkę.
Przez długie miesiące młodzi kochankowie spotykali się na brzegu Zatoki Chłop. Stojąc po obu stronach rzeki spoglądali na siebie głośno nawołując:
? Marciiinieee! ? wołała Marcysia zwijając dłonie w trąbkę.
? Marcyyysiuuu! ? odpowiadał Marcin kiwając ręką wesoło.
Wartka struga nie pozwalała im się zbliżyć do siebie. Stali więc naprzeciw i rozmawiali przekrzykując szum płynącej wody.
    Rok później, kiedy Marcysia wracała ze wspólnego spotkania, od zachodu nadciągnęły ciemne, prawie czarne chmury. Wiatr, który najpierw narastał, nagle ucichł, by po kilku minutach zerwać się znowu. Tym razem ze zdwojoną siłą. Marcysia pędziła biegiem ku domowi. Wokół zrobiło się szaro, deszcz uderzał w twarz i ramiona dziewczyny, ubranie zrobiło się mokre i cięż-kie. W oddali rozległy się grzmoty, a niebo przecinały światła błyskawic. Co chwilę, koło biegnącej dziewczyny upadały złamane gałęzie drzew, czasem uschnięta kępa traw uderzała o jej zmoknięte ciało.
? Jeszcze tylko z górki, jeszcze chwilka i będę w domu ? myślała zdyszana. Wtem poczuła swąd dymu.
? Chyba las się pali ? Próbowała zgadnąć. Jednak kiedy wysunęła się z gęstwiny drzew, gdy ujrzała leżącą w dolinie wioskę, przeraziła się niezmiernie. W oddali płonął młyn.            Uderzona piorunem słomiana strzecha szybko zajęła się ogniem, a leżące blisko zabudowania w mgnieniu oka zamieniały się w dymiącą gęstym dymem ruinę. Wokół nieporadnie krzątali się ludzie, próbując ratować pozostały dobytek. Kilka kobiet lamentowało nad ciałami młynarza i jego żony. Ten dzień przyniósł tragedię. Ciekawostką było to, że w wyniku pożaru ucierpiał tylko młyn z obejściem. Ogień nie zdołał opuścić obejścia, a pozostałe domy we wsi ocalały. Nie nosiły nawet śladu uszkodzeń od ognia.
Kilka dni po pogrzebie Marcysia stojąc pośrodku ruin, brudnymi od sadzy i smoły rękoma odsuwała spalone belki w miejscu, gdzie wcześniej stał jej dom. Wskoczyła w głąb piwnicy otulo-nej kamiennym murem i zaczęła rozgarniać ziemię. Rezygnowała tam, gdzie gleba była twarda i udeptana niczym na klepisku ? szukała miękkiego gruntu. Kiedy po kilku godzinach chaotycznych poszukiwań łopata stuknęła głucho o coś twardego uśmiech pojawił się na twarzy dziewczyny. Wiedziała, że kilka dni przed pożarem ojciec wypełnił duży, gliniany dzban złotymi i srebrnymi monetami, a potem zszedł do piwnicy. Wrócił po godzinie wycierając ubrudzone gliną dłonie. Odnalezione pieniądze miały przynieść Marcysi nowe szczęście.
    Za błyszczące monety kupiła drewno, kamienie i cegłę. Szybko zatrudniła murarzy i cieślę. Dom rósł w oczach. Robotnicy stawiali obok młyn wodny. Kiedy czterech chłopów z mozołem taszczyło wielkie kamienne żarno do mielenia zboża Marcysia przywołała brygadzistę.
Do tej pory pochłonięta odbudową nie myślała o codziennym życiu, o Marcinie i wędrówkach po lesie.
- Chcę, abyś zatrudnił jeszcze jednego cieślę. Będzie pracować w Zatoce Chłop. Jeszcze tej jesieni niechaj robotnicy zbudują most na strudze ? zarządziła. I w krótkich zdaniach objaśniła wygląd mostu.
   W październiku Marcysia mieszkała już w nowym domu. Obok robotnicy wykańczali bu-dynek młyna. Powyżej na rozległych tarasach ziemnych kilku parobków sadziło drzewa i krzewy owocowe. O tym, że rosły tam także winogrona do dzisiaj wspominają mieszkańcy Tlenia i Osia. Do dzisiaj przetrwały też uformowane tarasy ziemne.
W pewne słoneczne popołudnie dziewczyna pojechała lekką bryczką, zaprzęgniętą w gniadego konika, obejrzeć budowę mostu w Zatoce. Od brygadzisty wiedziała, że cieśle kończą już swoją pracę. A kiedy bryczka wysunęła się zza zakrętu odsłaniając zabagnioną dolinę Marcysia zobaczyła swoją budowlę. Z daleka wyglądała jak budynek, bowiem most od góry zwieńczony został dachem ze struganych desek.
- Marciinieee! ? zawołała nie oczekując odpowiedzi.
- Ciiinieee! ? odpowiedziało echo odbijając się od zielonej ściany lasu.
    Długo stała dziewczyna na niedokończonym moście rozmyślając o rodzinnej tragedii, o Marcinie, którego nie widziała już tak dawno i pełnej pytań przyszłości.
Kiedy czerwieniejące słońce chowało się za wierzchołkami drzew, a większość doliny uto-nęła w cieniu Marcysia wsiadła do bryczki, lekko trącając lejcami zniecierpliwionego długim postojem konia. Ruszyła ku domowi.
- Marcyyysiaaa! ? nagle rozległo się wołanie. Odbiło się od drzew i dotarło do uszu dziewczyny. Drgnęła gwałtownie. Rozejrzała się szybko. Nikogo nie było widać.
- Pewnie się przesłyszałam ? pomyślała, ale bijące o wiele za szybko serce przeczyło zdrowemu rozsądkowi. Już chciała ruszyć, gdy głos ? widmo rozległ się ponownie.
? Marcysiaaa! ? teraz już całkiem wyraźnie dotarło do niej wołanie. Spojrzała w stronę mostu. A tam w oddali, pod drewnianym dachem stał Marcin, wymachując rękoma.        Zeskoczyła z siedziska i zostawiając konia szybko pobiegła w stronę mostu. Ku wyraźnej i tak znajomej sylwetce Marcina.
    Gdy ciemność zupełnie ogarnęła dolinę oni jeszcze długo stali na moście, wspierając się na poręczy i obejmując ramionami. Ich dłonie splecione palcami tonęły w mroku.
Kiedy pierwsze promienie słońca rzuciły smugę na porannych, białobłękitnych mgłach młodzi kochankowie ruszyli przez trawy pokryte kroplami rosy w kierunku Tlenia. Za sobą pozo-stawili most, do dzisiaj zwany mostem Miłości.
    Na święta Bożego Narodzenia odbył się ślub Marcysi i Marcina. Na tej uroczystości była też Jadwiga ze swoim mężem. Byli też rodzice i rodzeństwo Marcina. Odtąd wielokrotnie ich ścieżka wiodła przez nowy most. Most, który połączył nie tylko dwa brzegi rzeki, dwie rodziny, ale i dwa serca: Marcysi i Marcina.
    O zmierzchu lub o świcie na Moście Miłości można zauważyć dwie sylwetki ? dziewczyny i chłopaka. Siedzą z nogami przewieszonymi nad wodą, opierają się o poręcz lub stoją przy podporze tuląc się do siebie.
   Czy są to Marcin z Marcysią? Tego nie jesteśmy pewni. Może to też współcześni kochan-kowie. Jesteśmy za to przekonani, że od blisko dwustu lat Most Miłości służy temu samemu celowi. Łączy brzegi rzeki i gorące serca. Wielu mieszkańców Borów Tucholskich wspominając kochanków twierdzi, że most przynosi szczęście. Może to tylko ludzkie gadanie lub fantazja gawędziarzy, jednak nikomu nie zaszkodzi się przekonać o prawdzie zawartej w tej legendzie.
   Most Miłości istnieje do dzisiaj, a kiedy zęby czasu niszczą konstrukcję, leśnicy z Nadle-śnictwa Osie mozolnie odbudowują jej elementy. Tak też stało się w roku 2009, kiedy leśnicy przygotowywali szlak dla nowej w Polsce formy rekreacji ? nordnic walking. Dzisiaj najczęściej przez ten most maszerują wędrowcy z kijkami w rękach. Na brzegach Zatoki Chłop licznie siadają wędkarze łowiąc ryby lub tylko rozmyślając. Często słychać ich głosy rozlegające się po obu stronach doliny. Kiedy jednak chcą sobie podać rękę, porozmawiać, muszą przejść do najbliższego mostu ? Mostu Miłości.


Marek J. Lejk , Miedzno, sierpień 2009r.

Reklama
Reklama
Reklama
Reklama